“Nieustający apetyt na życie” – wywiad z Kobietą Medycyny 2018, prof. Ewą Lewicką

Prof. Ewa Lewicka – niezwykła, inspirująca. Spełniona zawodowo – choć nie powiedziała jeszcze ostatniego zdania. Doprowadziła do otwarcia Poradni Kardioonkologicznej, by chorzy nowotworowi z powikłaniami kardiologicznymi nie pozostawali bez opieki. Studenci, których zaraża swoją miłością do kardiologii Ją uwielbiają. Młodzi lekarze rezydenci specjalizujący się w kardiologii – ku Jej wielkiemu wzruszeniu nominowali ją do naszego Plebiscytu. Pełna pasji i apetytu na życie. Nauczyła się hiszpańskiego, żeby swobodnie podróżować po ukochanej Ameryce Południowej. Śpiewa w chórze, a jak jest okazja poleci do La Scali na ukochaną operę. Ale najważniejsza jest dla Niej rodzina, o której mówi z taką dumą i czułością, że miło się tego słucha. Oto Kobieta Medycyny 2018.

Ma Pani tyle zainteresowań, że zastanawiam się jak wystarcza Pani doby na ich realizację?

Mam taką biologiczną zaletę, że nie potrzebuję dużo snu – wystarczy mi 4-5 godzin na dobę. Późno się kładę, za to wstaję w mechanizmie last minute, w totalnym pędzie. Pomaga mi to, że się nie maluję i mieszkam stosunkowo blisko uczelni. Potem jeden dzień w tygodniu odsypiam i to mi zupełnie wystarcza. Za taką możliwość głęboko się kłaniam naturze w podzięce.

Która z aktywności jest najbliższa Pani sercu?

Najważniejsza jest dla mnie rodzina i co do tego nigdy nie miałam i nie mam wątpliwości. Ale z zawodowych zajęć na pierwszym miejscu jest kardiologia. Nie jestem z rodziny lekarskiej i miałam dużo szczęścia, że to się udało. Pomysł pojawił się gdy byłam w liceum, ale potem z powodów osobistych miałam epizod studiowania na Polonistyce. Po roku zmieniłam jednak kierunek właśnie na Medycynę. Po studiach pracowałam w Szpitalu Marynarki Wojennej w Gdańsku, tam zrobiłam specjalizację z chorób wewnętrznych. Zawsze wiedziałam, że nie będę zabiegowcem lecz internistą, jednak pragnęłam, aby było w mojej pracy coś zabiegowego. Chciałam wtedy zostać specjalistą chorób płuc i już prawie wykonywałam zabiegi bronchoskopii. Niestety, okazało się, że w tym szpitalu nie ma dla mnie etatu, więc zaczęłam szukać dla siebie miejsca gdzie indziej. Jeszcze w czasie studiów poznałam dr Wojciecha Kozłowskiego, kardiologa, który był obecny przy zabiegu wszczepienia przez prof. Zdzisława Kieturakisa pierwszego w Polsce stymulatora serca, w szpitalu w Gdańsku który mieści się przy ulicy obecnie Jego imienia. Wielki pasjonat medycyny, humanista, człowiek wielu pasji i zainteresowań. Niezwykle mi imponował i inspirował. Więc kiedy po zrobieniu specjalizacji okazało się, że nie mam czego szukać w swoim szpitalu poszłam do niego po radę. Wysłuchał mnie i powiedział: „Witaj dziecko , już najwyższy czas, żebyś wróciła do źródeł”. I tak zaczęła się moja przygoda z kardiologią. Miałam szczęście, bo w niedługim czasie zwolniło się miejsce w II Klinice Chorób Serca AM w Gdańsku, w tym samym szpitalu, o którym już wspomniałam. Miałam tam wspaniałą szefową – prof. Grażynę Świątecką, która zawsze mnie wspierała i stała się moim Mistrzem.

Kardiologia to pojemne pojęcie. Czym konkretnie się Pani zajmowała?

Elektroterapią serca, która obejmuje leczenie chorych przy pomocy stymulatorów serca albo kardiowerterów-defibrylatorów serca, czyli urządzeń przerywających złośliwe arytmie komorowe. Ta dziedzina to również kwalifikacja do zabiegów ablacji w celu eliminacji podłoża zaburzeń rytmu w sercu, także poprzez wykonywanie badań elektrofizjologicznych. Elektroterapia serca to wielki worek różnych możliwości leczenia. Wśród nich jest stymulacja dwukomorowa – metoda poprawiająca rokowania i jakość życia chorych z niewydolnością serca. Moim konikiem jest także migotanie przedsionków – to najczęstsza arytmia w naszej populacji, ale różne są metody leczenia i zapobiegania jej występowaniu, również poprzez zastosowanie odpowiednich metod elektrostymulacji. W 2008 roku, gdy w Polsce zaczął funkcjonować program terapeutyczny refundowany przez NFZ zrodziło się we mnie zainteresowanie rzadką chorobą, jaką jest tętnicze nadciśnienie płucne. No i wreszcie – kardioonkologia.

Proszę opowiedzieć o niej więcej.

W styczniu tego roku udało nam się otworzyć pierwszą w Polsce Północnej Poradnię Kardioonkologiczną. Przy tej okazji chciałabym powiedzieć, że odczuwam wielką radość, że wśród nominowanych w plebiscycie Kobiety Medycyny jest także moja koleżanka dr Elżbieta Senkus-Konefka, która jest wybitnym onkologiem. Nasza poradnia ściśle współpracuje z prowadzoną przez Nią Poradnią Chorób Piersi w naszym Uniwersyteckim Centrum Klinicznym w Gdańsku. Kardioonkologia powstała na styku dwóch dziedzin i przygarnęła pacjentów, którymi nie wiadomo kto ma się zajmować. Często konsultując chorych onkologicznych miałam poczucie, że to się odbywa trochę chaotycznie, a ich leczenie nie ma ciągłości. Teraz wiele chorób nowotworowych to już nie jest wyrok, pacjenci mają przed sobą wiele lat życia, przy tym umierają nie z powodu nowotworu, ale na skutek powikłań kardiologicznych wywołanych zastosowanym leczeniem przeciwnowotworowym. Przyznam, że już od dawna myślałam o poradni dla tych pacjentów i ogromnie się cieszę, że dzięki wsparciu dyrekcji naszego szpitala, władz Uczelni, a także kierownika Klinicznego Centrum Kardiologii prof. Grzegorza Raczaka udało się wreszcie otworzyć Poradnię Kardioonkologiczną. Stworzyliśmy zespół lekarzy i pielęgniarek, którzy działają w tym zakresie i ta współpraca wspaniale się rozwija. Będziemy się starać, aby zaspokoić potrzeby kardioonkologiczne w naszym regionie i mam przy tym poczucie, że robimy w życiu coś dobrego.

Przeniosła Pani całą swoją działalność zawodową do tej Poradni?

Ależ nie. Dalej działam na wszystkich dotychczasowych polach, o których rozmawiałyśmy: pracuję w Klinice Kardiologii, leczę i konsultuję chorych, mam zajęcia ze studentami, a dodatkowo kieruję Poradnią Kardioonkologiczną. To wszystko się łączy z kardiologią. Przy tym Gdańsk ma świetne tradycje, jeżeli chodzi o leczenie w zakresie onkologii i hematologii, to bardzo dobre miejsce jeżeli chodzi o działania na rzecz pacjentów z chorobami nowotworowymi. I teraz my staramy się to wesprzeć częścią kardiologiczną.

Wspomniała Pani o zajęciach ze studentami…

Od początku mojego zatrudnienia w Klinice, czyli od 1994 roku pracuję na etacie nauczyciela akademickiego. Od zawsze miałam wykłady i zajęcia ze studentami, natomiast z chwilą awansu zawodowego my lekarze stajemy się także kierownikami specjalizacji, promotorami prac doktorskich – to naturalny element tej pracy. Dla mnie to ogromna frajda, szczególnie, że przychodzą do naszej Kliniki bardzo dobrzy rezydenci: zarówno jako ludzie, jak i pasjonaci zawodu. To wielka przyjemność patrzeć jak wykluwają się z nich dociekliwi, dokładni, coraz bardziej dojrzali lekarze. Chce się wspierać ich rozwój zawodowy i naukowy. To działa jak kula śnieżna, albo jak dobrze zasiane ziarno, które gdy zaczyna kiełkować chce się podlewać i pielęgnować, by wyrosło na piękną i silną roślinę. Ja sama dobrze pamiętam jak byłam zarażana medycyną – teraz zwracam to, co sama dostałam. Bardzo lubię tą dydaktyczną część mojej pracy.

Niezwykle satysfakcjonujące …

Tak! I powiem teraz coś bardzo osobistego. Największą satysfakcją są dla mnie moje dzieci; córka Zuzia i syn Wojtek. Żadne z nich nie chciało być lekarzem i nigdy nie byli do tego popychani. Córka po liceum zaczęła studiować biotechnologię, ale zmieniła zdanie i została lekarzem. Mało kiedy czułam tak wielkie wzruszenie jak wtedy, gdy po 20 latach praktykowania zawodu nauczyciela miałam zajęcia z własną córką, kiedy siedziała w grupie moich studentów i razem oglądaliśmy ekg, omawialiśmy chorych. Początkowo myślała o dermatologii, potem spodobała jej się interna, ostatecznie ukierunkowała się na kardiologię.

Syn Wojtek jest prawdziwym humanistą, wśród wielu jego zainteresowań szczególnie ważna jest historia II wojny światowej. Skończył Międzynarodowe Stosunki Gospodarcze na Uniwersytecie Gdańskim. Jest kierownikiem projektów w jednej z firm dewelopersko-budowlanych w Gdańsku. Do tego mam wspaniałą synową i zięcia, który też ma na imię Wojtek. Moja rodzina jest dla mnie prawdziwą opoką, bez tego cała reszta byłaby niemożliwa. Dzięki ojcu dzieci, mojej mamie, a zwłaszcza teściom, dzięki znakomitej organizacji życia udało mi się stworzyć – mam nadzieję – dobrze funkcjonujący dom. Mimo intensywnego życia zawodowego, kiedy dzieci były małe codziennie gotowałam obiady, biegałam z nimi na dodatkowe zajęcia, organizowałam wspólne wyjazdy wakacyjne i na narty, słowem starałam się, żeby wszystko działo się jak w każdej rodzinie.

I jeszcze znajdowała Pani czas na pasje…

W szkole podstawowej chodziłam do szkoły sportowej – byłam za stara, żeby jeździć figurowo, więc zostałam wdrożona do sekcji łyżwiarstwa szybkiego i jeździłam na panczenach, graliśmy też w piłkę ręczną. Skończyłam też ognisko muzyczne – około 10 lat grałam na pianinie – dzień miałam więc nieźle zapełniony. Kiedy poszłam do liceum dałam spokój graniu, ale zamiłowanie do muzyki pozostało na zawsze – lubię muzykę kubańską, uwielbiam klasyczną, ale absolutnego świra mam na punkcie muzyki operowej. Kiedy już mogłam sobie na to pozwolić nie był to dla mnie problem polecieć do Opery Wiedeńskiej, albo Paryskiej, a jak się udało to kupić bilet do La Scali, czy Metropolitan. Zawsze lubiłam śpiewać, ale moja rodzina uważała, że strasznie wyję, więc musiałam się ograniczać. Jednak kiedy moje dzieci się wyprowadziły zaczęłam więcej podśpiewywać, a któregoś dnia koleżanka namówiła mnie żebym poszła na próbę Chóru Gdańskiego Uniwersytetu Medycznego. Poszłam i już w nim zostałam. To był strzał w dziesiątkę, coś kapitalnego, zupełnie inny świat. Absolutny fitness umysłowy dla mnie, zwłaszcza po trudnym dniu.

Zostały nam podróże…

To temat rzeka. Mam swoje ukochane kraje, nauczyłam się hiszpańskiego, żeby swobodnie podróżować po Ameryce Południowej. Odkąd dzieci skończyły 18 lat jeżdżę na różne wyprawy, które sami organizujemy. To totalny spontan – mamy zarezerwowany tylko pierwszy nocleg w jakimś kraju, wcześniej ustalamy tylko mniej więcej trasę i co chcielibyśmy tam zobaczyć, cała reszta dzieje się sama. Jeśli gdzieś nam się podoba – zostajemy dłużej, potem kupujemy bilety i jedziemy – środkami lokomocji jak tubylcy, dalej. Motto tych wyjazdów brzmi: siądź, poczekaj, a kino samo przyjdzie.

Czego poszukuje Pani w trakcie takich wyjazdów?

Najbardziej interesują mnie ludzie i przyroda. Obczytujemy się przed wyjazdem, często dzielimy się przygotowaniami, wyznaczamy kto będzie ekspertem od jakiegoś miejsca. Jednak prawdziwe czytanie zaczyna się po powrocie, bo wtedy więcej wiemy i rozumiemy. Kiedy po powrocie z Iranu przeczytałam „Szachinszach” Kapuścińskiego byłam pod ogromnym wrażeniem – to genialna książka, która powinna być inspiracją każdego wyjazdu do tego kraju i do powtórnego przeczytania jej po powrocie. Bardzo interesują mnie stare cywilizacje – Inkowie, Majowie, Aztekowie. Cudowny Wietnam. Zdumiewające Chiny. Surrealistyczne historie wielu miejsc. Na przykład na Kubie prawdziwe zaskoczenie – nie spodziewałam się tam medycyny na tak wysokim poziomie. Świat jest szalenie ciekawy, zadziwiający i to mi się najbardziej podoba.

O jakiej podróży jeszcze Pani marzy?

Są trzy kraje, do których pojechałabym kolejny raz nawet jutro, gdybym tylko dostała wolne. To Birma, Meksyk i Iran. Na pewno też Ameryka Południowa – marzy mi się Ekwador i Wyspy Galapagos, ale i Etiopia, która jest jednym z pierwszych chrześcijańskich krajów na świecie, Marzę o Islandii z jej przepiękną przyrodą. Także o Japonii z jej nowoczesnością i totalnie inną mentalnością ludzi. Kiedy zobaczyłam na filmie dworzec kolejowy w Kioto aż mi tchu zabrakło! Moja mama jest architektem, więc może pod jej wpływem patrzę na budynki trochę inaczej, ale wiem też, że wielka sztuka to nie tylko minarety, meczety, czy romańskie świątynie. Nowoczesność też może być wspaniała.

Ma też Pani epizod turystyki wysokogórskiej, proszę opowiedzieć..

Zawsze ciągnęło mnie do gór, wspinaliśmy się nawet kiedy dzieci były małe – moja córka weszła na Giewont gdy miała 5 lat, syn został wtedy wniesiony, bo był jeszcze za mały na samodzielne wędrówki. Najpierw to były polskie góry, potem razem z mężem zdobyliśmy Kilimandżaro, a później zaczęła się współpraca z Adventure Club działającym przy Uniwersytecie Gdańskim. Kuba Jakubczyk, który jest szefem tego Klubu, zaproponował mi kiedyś udział w wyprawie wysokogórskiej na Elbrus w roli lekarza. Brał w niej udział niewidomy Paweł Urbański, bardzo dzielny i interesujący młody człowiek. Potem była wyprawa na Mont Blanc i Aconcagua, najwyższy szczyt Ameryki Południowej. Pokonała nas niestety ta góra – weszliśmy tylko na 5600 m. Były też wyjazdy turystyczne w Himalaje i trekking wokół Annapurny, ale bez historii mrożących krew w żyłach, bez czekanów ani wspinania się z linami w szczelinach. W tych wyprawach wysokogórskich często towarzyszyła mi córka, syn zdecydowanie bardziej woli żeglowanie.

Raz w roku jest też tydzień nart z dziećmi, z którego bardzo się cieszę – że wciąż chcą ze mną jeździć. Dość często wyjeżdżam zawodowo, na sympozja czy konferencje – tam z kolei nie ma czasu na zwiedzanie, ale zawsze jak tylko mogę wyskakuję do miejscowej opery lub filharmonii.

Jak Pani się regeneruje po ciężkim dniu?

Bardzo mi brakuje czasu na czytanie dlatego zaczęłam korzystać z audiobooków, których słucham gdy jeżdżę samochodem. Chciałabym móc spać dłużej, mieć więcej czasu na spotkania z przyjaciółmi, na rower lub spacer. Ale coś za coś. Po przyjściu do domu włączam muzykę, robię sobie coś do jedzenia, czasami słucham wiadomości. W poniedziałki i czwartki mam próby chóru – to dla mnie detoks po pracy, która jest wspaniała, ale zarazem bardzo wyczerpująca. Kiedy wracam o 21 po dwóch godzinach wykrzyczenia się śpiewaniem mam taki napęd, że mogę przygotować wykład, pisać recenzję i jest to bardzo efektywna praca nawet po północy. Staram się mieć jeden dzień w tygodniu na obijanie się. To taki czas kiedy idę na koncert, spotykam się z przyjaciółmi, wpadam do mamy, czasem udaje mi się zwabić dzieci na domowy obiadek. Nie czuję presji czasu. I choć moje dzieci twierdzą, że mam ADHD wydaje mi się, że w tym moim pozornym chaosie jestem jednak uporządkowana.

Bardzo lubię robić zdjęcia, a potem z tych tysięcy zdjęć wybierać sto najlepszych i robić albumy, w których opisuję co pamiętam, swoje emocje. Czasem przygotowuję prezentacje z moich wyjazdów i opowiadam rodzinie albo znajomym o jakimś kraju, jego mieszkańcach, ciekawostkach, wszystkim co mnie tam poruszyło.

Czuje się Pani spełniona, czy wciąż ma Pani jakieś marzenia, zawodowe wyzwania do zrealizowania?

Nie mam odległych marzeń. Pojawiają się kolejne zainteresowania, pasje które udaje się realizować w zespole. Trafiłam do grona wyjątkowych ludzi, gdzie wzajemnie się inspirujemy, rozwijamy swoje zawodowe pasje i jednocześnie czujemy się ze sobą dobrze.

Teraz zaabsorbowała mnie kardioonkologia – to dość nowa dziedzina która się tworzy, nie ma jeszcze standardów, organizacyjnie dopiero zaczyna się rozwijać w Polsce. Poradnia Kardioonkologiczna to takie moje najmłodsze dziecko, pierwsza w Polsce Północnej, podobnych jest niewiele w kraju, więc to wyjątkowy projekt. Cieszę się, że mamy poparcie władz naszej Uczelni i dyrekcji szpitala i że tylu ludzi nas wspiera – nie tylko ci, którzy z nami pracują, ale też onkolodzy, hematolodzy, a przede wszystkim pacjenci. Mam nadzieję, że zauważą to również decydenci i dzięki temu uda nam się rozwijać naszą działalność, bo to coś naprawdę bardzo potrzebnego.

A w międzyczasie bardzo czekam na wnuki…

 

Materiał pochodzi ze strony Kobiety i Medycyna.